Remis w Pęczu

W 11. kolejce A-klasy, pierwsza drużyna Polonii udała się na wyjazd do Pęcza na mecz z miejscową Koroną. I o ile z Koroną w A-klasie graliśmy po raz pierwszy, to z boiskiem w Pęczu wiąże się wiele przyjemnych wspomnień. To właśnie tam w sezonie 2016/17 wywalczyliśmy awans do A-klasy wygrywając ze Spartą Skarszyn 3-1! Z samą Koroną w Skarszynie wygrać potem się nie udało (1-2), ale zaliczka z pierwszego meczu wystarczyła. Wracając do aktualnych rozgrywek, to gospodarze, tak jak Polonia, nie radzą sobie najlepiej w zajmując 12. miejsce w tabeli. Stąd przed meczem wszyscy mieli apetyty na wygraną.

A sam mecz zaczął się niestety od… kontuzji. Tuż po wznowieniu gry wycofujemy piłkę do obrońców, wymieniamy kilka podań po ziemi, lecz do lekko zagranej piłki do Kura rusza jednocześnie pomocnik Pęcza i obaj zawodnicy zderzają się mocno nogami. Stad już w 2. minucie zarówno Kamil jak i pomocnik Korony muszą zejść z boiska z urazami. Po wznowieniu gry żadna z drużyn nie jest w stanie przejąć inicjatywy. Pierwszą dobra okazję mają gospodarze, gdy po trochę chaotycznej sytuacji dochodzą do dwóch strzałów z rzędu, które najpierw rękami, a chwile później nogami, broni Wieczorek. My w 21. minucie odpowiadamy najlepiej jak się da, bo bramką. Akcja prawą stroną Ivana Boiko i Kuby Pięty, piłka odbija się od zawodnika Pęcza i trafia na skraj pola karnego, gdzie pasówką po ziemi gola zdobywa Wójcik. Idziemy za ciosem i tworzymy kolejne groźne okazje. Aktywni są szczególnie Ivan, Wroński i Artem. Około 25. minuty skutkuje to rzutem karnym. Do piłki podchodzi Huzarewicz i niestety marnuje jedenastkę. Co gorsza bezpośrednio po tej sytuacji gospodarze idą z akcją prawą stroną i zdobywają gola wyrównującego. Piłka zagrana prawym skrzydłem w skutek zawahania obrońcy trafia do pomocnika gospodarzy, który zagrywa ją na 10. metr, a tam strzelając praktycznie do pustej bramki, nie myli się napastnik Korony. 1-1. Na szczęście kilka minut później Jacek się rehabilituje. Po złej wrzutce z rzutu różnego obrońca rywala wybija piłkę na 18. metr, a tam Huzarewicz ładnym uderzeniem z woleja zdobywa bramkę na 2-1. Niestety znowu zamiast iść za ciosem, tracimy bramkę po błędzie. Znów środkowi nie zachowują się najlepiej wybijając piłkę na 20. metr do pod nogi przeciwnika, który fenomenalnym strzałem z fałsza zdejmuje pajęczynę z bramki strzeżonej przez Kubę. 2-2. W końcówce strzał oddaje jeszcze Artem, ale bez skutku.

W drugiej połowie od razu zabieramy się do ataku. Jednak skutkiem naszych starań są głównie rzuty różne, z których niestety niewiele możemy zdziałać. Z minuty na minutę widać też coraz większe zmęczenie, co powoduje, że szczególnie w środku, robi się dużo miejsca. Warto wspomnieć, że w drugiej połowie w zespole Korony, daje się zauważyć zmianę taktyczna, bo zawodnik z obrony wędruje na atak i niestety w 74. minucie gospodarze zdobywają kolejną niesamowitą bramkę, tym razem po potężnym strzale głową właśnie przesuniętego na atak zawodnika. Końcówka to scenariusz podobny z meczu z Jordanowem. Siadamy na rywalu chcąc wyrównać i mamy sporo okazji, ale albo piłkę odbijają obrońcy, albo strzelamy niecelnie (Wroński, Mańturz). W końcu w 84. minucie dopinamy swego. Po akcji środkiem Kowalczyka uruchamia on dobrym podaniem Pietę, a ten wpada w pole karne i z ostrego kąta pokonuje bramkarza mocnym uderzeniem po ziemi. Nie zwalniamy i mamy kolejne dwie dobre okazje, najpierw po długiej piłce ze środka bramkarz Korony wychodzi przed szesnastkę, a widzący to Artem próbuje go lobować. Piłka leci idealnie do bramki…, ale przed linią kozłuje i przelatuje minimalnie nad poprzeczką. W 90. minucie szansę ma jeszcze Kuba po podaniu Wrońskiego, ale jego strzał broni bramkarz.

Z gry mieliśmy na pewno dużo więcej, ale znów dają o sobie znać błędy indywidualne, przez które tracimy dwie bramki. Pocieszający jest fakt, iż każdy dawał z siebie ile mógł, szczególnie jak przegrywaliśmy 2-3. Niestety ostatecznie wygrać się nie udało i musimy przyjąć wywalczony punkt. Po meczu natomist czekała nas miła niespodzienka w strzelińskim Biesiadowie.