Polonia II Bielany wraca z pełną mocą!

Pot, krew i łzy. Są to trzy słowa, którymi zdecydowanie nie możemy opisać okresu przygotowawczego drugiej drużyny Polonii do nadchodzącej rundy. Pół roku temu właśnie od meczu z Pustkowem zaczęliśmy marsz po pewne 10 porażek z rzędu, czas więc pobić ten rekord, szczególnie po haniebnych zwycięstwach z końca rundy 7-0 z Borkiem Strzelińskim, 7-1 z Karszowem i 7-0 z Magnicami. Ostatnia wygrana to już w ogóle skandal biorąc pod uwagę, że to podobno derby. Do nowej misji podeszliśmy zatem z wielkim zapałem. Pewnego razu sam trener Wieczorek przyznał, że ostatnio ciężko mu idzie przygotowanie treningów, skoro przygotowuje je dla trzech osób, a przychodzą dwie.

Jednak pierwszy mecz sezonu to pierwszy mecz sezonu. A-klasa nie gra, więc spodziewaliśmy się, że na meczu pojawi cała śmietanka zarządu Polonii. W końcu czasami wypadało by pokazać, że w jakiś sposób interesuje się klubem. A tajemnicą poliszynela jest to, że Kobierzyce to bogata gmina, więc prezesi – w przeciwieństwie do piłkarzy – prezentują sobą odpowiedni poziom. Zegar fura i komóra zatem musiała się pojawić i to jeszcze w odpowiednich odstępach czasowych (kto przyjeżdża później ten pokazuje, że bardziej zajęty), także gospodarze mogli poczuć się jak na meczu Ligi Mistrzów. Szczególnie, że na obiekcie Błękitnych wprowadzono eksperymentalnie system VAR (patrz zdjęcie). Niestety DZPN nie zdążył jeszcze przeszkolić arbitrów w jego korzystaniu i Pan go obsługujący wykazywał większe zainteresowanie lokalnym browarem „Piast” niż przebiegiem meczu. Z resztą arbiter główny również posądzany był o stronniczość, gdyż po tym jak jednak z osób z ławki Pustkowa zaczęła krzyczeć „chodziłem z nim do klasy”, zaczął gwizdać na naszą korzyść. Na marginesie zawsze podziwiam jak wszyscy przed meczem nakręcamy się na sędziego. Teraz nawet miało to poparcie w merytorycznych argumentach, jako że jakiś znawca lokalnych środowisk piłkarskich stwierdził, że Pan sędzia „sędziuje tylko młodzików”. Dla mnie sędzia podobny był zupełnie do nikogo, ale podziwiam ludzi, którzy mają tak szeroką wiedzę. W każdym razie wszyscy od razu uwierzyli – bo czemu i by nie – stąd musiała się pojawić stała gadka na rozgrzewce „wiadomo kogo tu przysyłają, my róbmy swoje”. Ciekawe tylko czy sami arbitrzy też mówią coś w stylu „wiadomo, gdzie my sędziujemy, róbmy swoje”. W sensie sami do siebie. Bo trójki sędziowskiej w Bundeslidze się raczej nie spotyka. Najlepsze jest to, iż żadna ze stron nie zdaje sobie sprawy, że druga jest od niej jeszcze gorsza. Witamy w B-klasie – najbardziej profesjonalnej lidze w Polsce.

Pierwszy mecz to też okazja, żeby zobaczyć po dłużej przerwie starych znajomych. Niestety po kilku miesiącach przerwy pamięć lubi płatać figle i tak gdy trener pierwszej drużyny, który o dziwo też na meczu się pojawił, dobrze pamiętał, że braci Bukańskich jest dwóch i pamiętał nawet, że są bliźniakami, to gdy zobaczył jednego, przywitał się z nim uprzejmie, a gdy zobaczył, że jest i drugi, to z nim też nie wypadało się nie przywitać. Niestety okazało się, że pierwszy był też tym drugim, albo raczej drugi – pierwszym i po tym jak dowiedział się, że już się witali, stwierdził, że „to na zapas”. Potencjał trenerski jest, nawet w beznadziejnej sytuacji nie traci języka za zębami. A bracia nawet poszli do tego samego fryzjera, co by nie płacić dwa razy! Nie pomyśleli tylko, że ich opitoli dokładnie tak samo i teraz sam taktycznie będę musiał czekać aż będę widział ich obu razem, to nikt się nie skapnie, że mi też się to powaliło. Bo kurwa serio są identyczni.

Na boisku na szczęście problemu z tym nie było, bo okazało się, że Daniel chyba intensywnie przez zimę trenował nogi, bo chłop nagle miał taką windę, że przeskakiwał napastnika o głowę od niego wyższego. W ogóle pierwsze minuty to dowód, że na świeżości gra się dużo lepiej niż będąc w treningu, bo chłopaki prezentowali całkiem niezły futbol. Co prawda Walczakowi zabrakło powietrza już po 20 minutach gry i trzeba było wypisywać zmianę, jednak oficjalnie dlatego, że „dostał piłką w brzuch”. Ja jednak widziałem te nocne smsy do Wieczorka „trenerze nie wiem czy mam pić dalej, bo nie wiem czy gram w pierwszym”. W każdym razie do końca meczu dochodził na ławce do siebie. Udokumentowaniem naszych starań była niespodziewanie składna akcja, po której oko w oko z bramkarzem stanął niedawno wprowadzony Pogorzelski. Pogo, jako że nogę miał jeszcze świeżą, naładował pasek, zamknął oczy i zalutował po krótkim słupku, jeszcze bardziej niespodziewanie dając nam prowadzenie. Jednak gospodarze, jako że ich ambicje sięgają nie wiedzieć czemu poza Serie B, odpowiedzieli dosyć ładnym strzałem z rzutu wolnego, na co prezes zapytał – „co 1-0?” – czym udowodnił, że być może duchem z Polonią to i był od początku meczu, ale ciałem nie do końca. No i że po kryjomu uważa nas za ogórków. Z resztą co się dziwić jak jeszcze w poprzedniej rundzie grywał z nami w pierwszym składzie. Po przerwie z 1-1 zrobiło się 3-1 i nie pomogło nawet, że Król Osia od ostatniego meczu postanowił sobie wytatuować oko, żeby straszyć przeciwników nie tylko swoimi kiksami. Teraz nawet nie widzi bramki. W międzyczasie na skrzydło wszedł jednak Damian, który poza tym, że jest szybki, to jest jeszcze szybszy. Gorzej z hamowaniem, bo parę razy nie zdążył się zatrzymać przed zawodnikami Pustkowa, w każdym razie, gdy już dobrze obrał wektor biegu, to zamiast żółtej kartki ujrzał gola w swoim wykonaniu. No i tak jest 93 minuta, 3-2, i długą piłkę dostaje Bukański, który będąc sam na sam, zamiast strzelić gola to strzela w bramkarza, ratując nas od kompromitacji w pierwszym meczu rundy. Polonia II Bielany wraca z pełną mocą. Elo.