Obrona Częstochowy i bitwa pod Wiedniem

Prawda jest taka, że dwa minione mecze dla Poloni II Bielany musiały być ciężkie. Zawsze są gadki, że w B-klasie nie ma dobrych drużyn, z każdym można wygrać itd. i w sumie to by była prawda, gdyby nie to, że to takie pierdzielenie. Stąd, gdy musimy mierzyć się odpowiednio z wiceliderem a następnie liderem, to trzeba postawić sprawę jasno – może być ciężko.

Dlatego przed meczem z Brochowem nie było co się bawić w jakieś gadki motywacyjne czy zaklinanie rzeczywistości. Na Estadio Bielany przyjeżdżają Szwedzi, a my bronimy Częstochowy. Na odprawie prosty przekaz, niski pressing, bo po co bawić się w rysowanie strzałek, wymyślanie schematów rozgrywania akcji, jak raz – to trzeba ćwiczyć na treningach, a Ci co grają to nie trenują – a dwa – i tak potem nikt o tym nie pamięta i gra jak chce (czy raczej potrafi). Skoro jednak nasza gra miała nie zachwycać, to przynajmniej trzeba było wyglądać dobrze. A-klasie zajumaliśmy więc czerwone stroje, wszyscy dumni z kierownika, będziemy przynajmniej wyglądać jak piłkarze, a tu Brochów wbija na czerwono. I zaczyna się kombinowanie i przymierzanie. Na początku zielony komplet, ale okazuje się, że brakuje spodenek i koszulek. Potem niebieski, ale tu z kolei nie ma spodenek i getrów. Dobra, otwieramy skarbiec królów – kontener ze strojami oldboyów – i choć nie ma tam koszulek i getrów to są spodenki. I tak z trzech kompletów uzbieraliśmy jeden, kantorek przeorany, ale dumnie wychodzimy na bojo w kombinacji, która ma mało wspólnego z czymkolwiek. Co do meczu to w sumie graliśmy całkiem nieźle, gdyby nie fakt, że straciliśmy gole po wybiciu piłki z piątki i wrzucie z autu. Naszych zawodników. Ale w zasadzie to już standard.

Niestandardowa za to była pierwsza połowa meczu z Ludowem Śląskim. Założenia te same tylko skojarzenia historyczne inne, bo skoro to wyjazd to trzeba było wymyślić coś nowego. Rozważaliśmy Stalingrad, ale to w sumie wciąż obrona, poza tym może kojarzyć się pejoratywnie. Potem Kircholm, ale że już ustaliliśmy, że ze Szwedami nam nie idzie, to też odpada. Stanęło więc na bitwie pod Wiedniem. A skoro mecz wypadał w czwartek, czyli Boże Ciało, to i może przenajświętsza panienka by nam pomogła w tej batalii z Saracenami. I w pierwszej połowie rzeczywiście coś w tym było, bo patrząc jak graliśmy to ręce składały się do oklasków. Pan do Pana, z pierwszej piłki, konsekwentnie w obronie. Wyszliśmy nawet na prowadzenie, a gdyby nie nasza standardowa (czyt. dramatyczna) skuteczność, to zamiast przegrywać ostatecznie do przerwy 2-1, wynik mógłby być zupełnie inny. Proszek nawet stworzył specjalny model matematyczny, podstawił współczynnik jakości naszej gry, średnie stężenie alkoholu we krwi, rozważył tysiąc innych zmiennych i wyszło mu, że z taką grą w następnym sezonie skończymy na piątym miejscu. Niestety widać, że Proszi na PWr jest tylko z przymusu, bo po pochwałach w szatni skończyło się na 8-3. Teraz mnie nie dziwi, że jak Kamil wysyła mi wyniki swoich egzaminów, to jest 5, 4, 4.5, 3.5, 3, 4, 4, 3, 5 i jeb nagle samotna dwója podkreślona na czerwono przy nazwisku Proszowski.

I tak w kilka dni Polonia II Bielany zbezcześciła dwa piękne wydarzenia historyczne Polaków i dostała 11 goli w dupala, przy czym to drugie nawet nie jest złym wynikiem! A przed nami ostatni mecz sezonu z KP 86 Borek Strzeliński już w tą niedzielę na Bielanach! W zanadrzu mamy jeszcze Grunwald!