Nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy!

Prawda jest taka, że mecz z Borkiem miał być ostatnią nadzieją B-klasy. Czemu? Ponieważ po tym co się odwalało w pierwszych kolejkach rundy nawet Dumę doprowadziłoby do poważnych wątpliwości co leczniczej moc zimnego trunku zwanego wódką. A pierwsze kolejki i tak szły zawsze zdecydowanie lepiej Dumce niż Polonii.

Kolejka numer jeden i dwa to mecze, w których nie wystartowała jeszcze A-klasa! Przyjeżdżają Panowie Piłkarze, którzy ledwo dwa lata wcześniej zmyli z siebie grzech pierworodny 8. Ligi Mistrzów i zamiast ćwiczyć grę w piłkę, poćwiczyli dostawanie wpie***lu. Zresztą sezon pokazał, że skutecznie. Po nich pałeczkę przejęła B-klasa i dzielnie kontynuowała dzieło swoich mistrzów. Po kilku miesiącach trener nawet się tym zainteresował i wrócił z wakacji, ale koła fortuny nie udało się zatrzymać. Potem kolejna okazja. 7. Kolejka – wraca Król Osia, A-klasa ma pauzę, gramy z zespołem ze środka tabeli i… dupa zimna! Panowie Piłkarze pokazują, że nadają się co najwyżej do tarcia chrzanu. Na kolejne mecze wracają giganci, którzy nie umieją prosto kopnąć piłki, ale Osia z nami zostaje. Król bije się o swoje królestwo jak Polacy z Krzyżakami pod Grunwaldem, wali pierdyliard goli, ale nie daje to nic. Konsekwentnie dostajemy wciry. Borek Strzeliński jest w tym czasie Świętym Graalem. Ostatnią Wieczerzą. Całunem turyńskim na rany B-klasy. Dzielnie trzyma się z nami dołu tabeli, również bojąc się skalania zwycięstwem. A trzeba przyznać, że chłopaki mają jaja. Na Dolnym Śląsku zrobić sobie logo na podstawie herbu Lecha to trzeba być rzeczywiście kozakiem. Gdybym to wiedział, B-klasa na bank nie dotrwałaby do Magnic - czyli 11 kolejki. Dopiero wtedy nasz licznik punktów ruszył się z zera. Chociaż jak teraz myślę, to może po prostu jesteśmy zespołem prawdziwych facetów. W końcu tak jak Duma zaczynamy mieć czutę dopiero po co najmniej dwucyfrowej liczbie kolejek.

Czemu tak się czepiłem biednego Dumskiego? Cóż, jak to powiedział przed meczem Proszek: „zaszczytem będzie dla mnie zagrać z Dumą”. Nie wiem czy to dlatego że jest takim dobrym piłkarzem, czy „Maniana” postanowiła go zatrudnić, bo regularnie ją otwierał i zamykał, w każdym razie Dumka zadeklarował się, że będzie na meczu. I to nie prosto z Maniany. I nie utknie na obwodnicy. Gdy rano przed meczem napisał, że wstał, to zgarnął więcej lajków niż poprzedni trener, gdy napisał, że odchodzi.

Pobiegać przyszedł też Wrona, Pięta, Szałaj i Król więc pakieta była całkiem niezła. Przychodzimy na mecz i od razu coś nie gra. Szatnia z wyjściem po schodach na boisko jak Lidze Mistrzów. W środku farelka, żeby ciepło było. Co prawda okna powybijane, ale nie można mieć wszystkiego. Bojo całkiem niezłe. Trybuny duże, nawet ze sceną. W kościele odgrywają na dzwonach Bogurodzicę - hymn klubu. Idę do sędziów, wchodzę i…

-O przepraszam chyba się pomyliłem!

-Nie, zapraszamy, zapraszamy

Mierzę wzrokiem arbitrów, liczę:

-1, 2 eee… 3? Co was tyle!?

-Normalnie, jeden na środek, dwóch po bokach, kojarzy Pan?

Ostatni raz na B-klasie widziałem trójkę sędziowską jak bawiliśmy się w awans.

-No oni mają dwa punkty.

-Wy niewiele więcej.

W sumie racja, ale nie zawsze wygrywa się dwa razy w sezonie!

Tak czy inaczej pokrzyżowało to nasze plany, bo trener Wieczorek nie przewidywał trzymania linii spalonego. Mijają minuty i tylko świst, świst! Liniowy naprowadza chorągiewką samoloty na lotnisko we Wrocławiu. Palimy jak Wrona fajki. Gospodarze za to nie składają broni i pierwszy gol pada tylko dlatego, że w 30 minucie próbują nas złapać na spalonego z rzutu wolnego. Zapominają tylko wybiec z pola karnego. Kolejny gol jak zawsze w wiadomych tylko sobie okolicznościach strzela Król, by potem asystować Pięcie. 3-0. Po przerwie znów nic. Wrona przypadkowo odbiera piłkę i podaje do Pięty, a on już musi wykończyć. Oskar potyka się o własne nogi i jakimś cudem lobuje z dwudziestu kilku metrów bramkarza. 5-0.

Cały czas jednak czegoś brakuje. Cały czas potrzebny jest ktoś kto uspokoi mecz, rozegra piłkę, wykorzysta atuty zawodników A-klasy, zapewni wiszące na włosku trzy punkty. Potrzebny jest nam impuls! Dlatego trener Wieczorek wpuszcza dwóch gigantów. Gigant numer 1 - Patyk Wierzęć. Po tym jak tydzień temu zagrał na bramce, trener obiecał mu, że następny mecz zagra na napadzie. Co tu dużo mówić, zamiast pójść na rozgrzewkę opędzlował Snickersa, wszedł na bojo, dostał prostopadłacza, wziął typa na plecy i załadował bramę. Wszyscy zbierają kopary z ziemi, a Koniu cieszy japę. Głodny nie jest sobą. Koniec świata? Koniec świata był kilka minut wcześniej. Gigant numer 2 – Kiero. Zawsze jak na boisko wchodzi kierownik to na bank albo wygrywasz pięcioma golami, ale jest dokładnie na odwrót. No ewentualnie nie mamy składu. Tym razem jednak Kiero ma na meczu niebagatelną rolę do odegrania. Wchodzi na wolnego, przepycha trzech kryjących go zawodników Borka, wybija się w powietrze, zawisa i atomowym strzałem głową pokonuje bezradnego bramkarza przeciwnika! Niech mówią, że pisze tak bo rok gola nie strzelił. Że niby jest prawonożny, a jedyne dwie bramki strzelił do tej pory lewą nogą i głową. Że prawą ładuję tylko samobóje. Że tak naprawdę to piłka mu się od głowy odbiła. Że ławka cieszyła się z tego, że ogórek strzelił gola, a nie że był to gol na wagę trzech punktów. Szczerze? Przynajmniej ładnie pisze. Ktoś musi być w tej drużynie od myślenia. I każdy musi mieć swoje 5 minut.

Najlepszą informacją dnia jest jednak fakt, że po rundzie opuszcza nas legenda klubu – Rafał Workiewicz. Chłop był takim dobrym napastnikiem, że ostatnie dwa lata zaczął grać na bramce i w tym sezonie szło mu tak dobrze, że czyste konto udało mu się zachować tylko w tym „pożegnalnym” meczu. Zawsze jednak można było na niego liczyć, że stanie murem za drużyną, szczególnie, że idealnie dostrzegał wszystkie faule i karne na drugiej połowie boiska, jednocześnie drząc japę na sędziego głośniej niż wszyscy kibice gości razem wzięci. Może dlatego idzie do „Panter” – lokalnej drużyny futbolu amerykańskiego. Mówi, że prezes załatwi mu transfer. Oby wyciągnął jak najwięcej, zanim zorientują się, że to inny związek.

Tak oto kończy się niespodziewanie dobry rok Polonii II Bielany Wrocławskie. W 2018 roku zdobyliśmy 19 punktów w 28 meczach. Zaliczyliśmy 6 zwycięstw, 1 remis i imponujące 21 porażek. Z czego trzy zwycięstwa w ostatnich 5 meczach. A już zaczęliśmy się przyzwyczajać, że raz się przegrywa a raz przegrywa. Mówią nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy. Miejmy nadzieję, że w 2019 nie będzie trzeba zaczynać od początku. Prezes ma już swoje lata.