Koniec świata cz. 2

Co jedno zwycięstwo robi z zespołem. Trener Wieczorek podaje skład i patrzę i nie wierzę. Cała ławka rezerwowych pełna. Zawodnicy sami piszą do trenera, że wrócili z wakacji i pytają czy są brani pod uwagę. Osia mówi, że nie wraca już do A-klasy. Doszło już do tego, że Wrona, gościu, który deklarował, że już nigdy w B-klasie nie zagra, postanowił, że po oszałamiającym początku sezonu, w którym strzelił okrągłe zero goli, czas na powrót do korzeni. Szybko więc złapał dwie żółte kartki, a jako że zbieranie kartoników idzie Filipowi znacznie lepiej niż strzelanie bramek, to akurat złapała go pauza. Jak już mówiłem, człowiek może wyjść z B-klasy, ale B-klasa nigdy z człowieka. Osobiście liczę, że Mańturz, zazdrosny, że ktoś odebrał mu pierwsze miejsce w statystyce kartek, szykuje jakieś bonusy na ostatnie mecze sezonu. W końcu podobno, gdy pracował jeszcze na Orlenie zawsze zgarniał wszystkie premie za największą ilość sprzedanych hot-dogów, więc dogonienie Wrony powinno być dla niego kwestią honoru. Trener Wieczorek już zaciera ręce – będzie pierwszy walczak w drużynie.

Jak zawsze rzeczywistość zweryfikowała jednak oczekiwania i ostatecznie nie wszyscy na meczu się pojawili, ratując jednocześnie trochę kierownictwo przed kompromitacją, jako że nikt na B-klasę nie przewidział kompletu 18 strojów. Patryk Wierzęć – pierwszy bohater kierownika zespołu – rano napisał dość „interesującą” wiadomość do trenera Wieczorka informując go, że: „może Ci się to wydawać głupie, ale mnie nie będzie, bo mnie dupa boli”. Plus za szczerość, jednak jak sytuację podsumował sam zainteresowany szkoleniowiec rezerw Polonii „nawpierdalał się wasabi, więc teraz go oko Saurona piecze”, polecamy nie stołować się koreańskich knajpach wieczorem przed meczem. Martin – drugi z braci Wierzęć – ma chyba już nieżyt żołądka, bo nie pojawia się na meczach już od kilku miesięcy. Kolejny bohater kierownika – Brzoza – z kolei w nagrodę za to, że zawsze można na niego liczyć, zapomniał zostać powołany przez trenera, i dosyć się zdziwił, gdy przychodząc obejrzeć mecz dostał opierdziel, że się spóźnił.

Tak czy inaczej jedenastka została ustalona, czterech rezerwowych na ławce, wychodzimy na mecz… w którym pierwszy raz czujemy się faworytami. Trio KSW (Król, Sławo, Wrona), które znokautuje każdą obronę B-klasy (w A-klasie są tragiczni), w środku Borowski z Walczakiem (ale ten ostatni tylko z nazwiska), tylko z tyłu maseczka z ogórków, skoro 46 letni ex-prezes jednym meczem wywalcza sobie miejsce w pierwszym składzie. I to nie pompując już hajsu w zespół. Głównym argumentem jednak za tym, że mamy zamiar grać o trzy punkty, jest fakt, że trener Karszowa – a przynajmniej ten kto tak sobie ustawił na fejsie – lajkuje te opisy. Widać, że swój chłop. Pozdrawiam.

Gala KSW zaczyna się mimo to z drobnym opóźnieniem – w 30 minucie. Sławo, po tym jak przeciwnik zamiast wybić piłkę przewraca się na ziemię, znajduje się w sytuacji sam na sam… i kończy akcję. Wykończenie sam na sam? My to potrafimy?! Chwilę potem kolejne zaskoczenie. Król po podaniu Wolnego strzela gola nogą. Lewą. Dopiero potem wyjaśnia się, że tak naprawdę strzelił piszczelem, czym zyskuje duży szacunek Proszka. Proszi potrafi tylko nim przyjmować. Chwilę później Sławo po raz kolejny nas zadziwia. Choć budowę ciała ma jak byk (2 metry) to jednak duszę jak baranek, więc nie strzelał do tej pory w Polonii goli głową, a tu proszę. Walczak dorzucił, Sławek spiął się w sobie, ustawił łysinę, zmarł jak posąg greckiego boga płodności, pozwolił by piłka odbiła się od jego bani i… zatrzepotała w siatce. Do przerwy 3-0 a goście na to dają hita: „znów my gramy a oni strzelają”. Rzeczywiście może być to pewien problem Karszowa zważywszy na to, że w ostatnich 7 meczach stracili 25 goli a strzelili dwa. Po przerwie kontynuujemy galę i tym razem Osia, już tradycyjnie z głowy, tym razem po dośrodkowaniu Wrony, trafia na 4. Wrona generalnie zazdrosny, że jego koledzy się bawią, a on nawet żółtej jeszcze nie złapał, wymyślił sobie, że jest jak „rafinia” i tylko "daje piłeczki". Dał więc do Osi, to daje też do Sława. Sławo znów sam na sam i jak Henry, z lewacza, patrząc się na kibiców na trybunach zamiast na bramkę, wykańcza akcję. Znów potem okazuje się, że tak naprawdę myślał, że jest na spalonym i podawał do bramkarza. Potem łaskawie Filip daje też do Huberta, a temu piłka tak odbija się od nogi, że lobuje bramkarza i wpada do bramki.

Jednak największym sukcesem tego meczu jest gol Rudego. Brycfan po ostatnim opisie dostał sms-a od babci i suszarkę od mamy, że strasznie się prowadzi i jest zakałą rodziny i nie dość, że umył nieszczęsny kibel dzień wcześniej, nie pił przez cały tydzień (no prawie, raz tylko wrócił po 5 rano), to jeszcze pojawił się na treningu (jako jeden z dwóch zawodników!) a cały tydzień biegał po cmentarzach. Nie sądziłem, że to co piszę może być motywujące, ale Rudy tak się spiął, że w niedzielę nie dość, że hasał na skrzydle jak sarenka, to jeszcze… strzelił gola! Cała ławka ucieszona jakby był to gol na 1-0 w 93 minucie, ale tak to już jest, jak strzelają takie osobistości. Jak ja strzeliłem rok temu to wbiegli na boisko. Niech to będzie nauczka, że każdy może wyjść z rynsztoka. I że tych opisów nie należy traktować poważnie.