Karszów na dwa razy!

Trzeba otwarcie przyznać, że Polonia II Bielany miała w swojej krótkiej historii kilka... hmm... nieciekawych momentów. W szczególności tych organizacyjnych. W sportowe mamy wywalone. Problemy z ludźmi do gry, braki strojów, piłek, wody, zamrażacza, brak osoby odpowiedzialnej. Już szczerze z trenerem Wieczorkiem myśleliśmy, że wszystko zostało przerobione. Ale trzeba przyznać, że w ten weekend przeszliśmy samych siebie.

Mianowicie tradycją jest, że B-klasa kopie się po czołach w niedzielę o 11.00. Plus minus kilka minut jak się sędzia spieszy / spóźni. Toteż cali szczęśliwi, w piękny niedzielny poranek, wyruszamy na wycieczkę do Karszowa. A trzeba przyznać, że jest to chyba nasz najdalszy wyjazd w tym sezonie – prawie za Strzelin (pozdrawiamy gościa, który układał grupę). Tak czy inaczej przyjeżdżamy po 40 minutach na miejsce i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że nikogo nie ma. Ale ok, godzina do spotkania, bilans bramkowy Karszowa z ostatnich dwóch meczów to 0-31, chłopaki pewnie przyjdą później. Czas leci, Walczak wyjmuje telefon i pisze do gości „będziecie dzisiaj w ogóle?”. Odzewu oczywiście zero. Z trenerem idziemy na obchód obiektu, szukać kierownika czy kogokolwiek. Pusto. Sam wyjmuję telefon, odpalam Internet patrzeć czy nic nie jest odwołane i... cóż, okazuje się że mecz rzeczywiście jest, ale na 17.00. Patrzę na Wieczorka, on na mnie. „Myślałem, że Ty sprawdziłeś”. Wymyka się parę niecenzuralnych słów. No generalnie dawno nie odwaliliśmy takiego żuru. „Ej jak my im to powiemy?”. Ale kaszana. Mimo to, trzeba chłopakom przyznać, że przyjęli to całkiem nieźle. I z powrotem 40 minut do Wrocławia. Jeśli szukać jakiś plusów naszej pomyłki to na pewno Rozwad zdążył do 17 wytrzeźwieć, bo w drodze do i z Karszowa nie wyglądał za ciekawie.

W każdym razie, już o właściwej porze, stawiamy się z powrotem w Karszowie i to o dziwo w prawie niezmienionym stanie osobowym. Kolejne świadectwo, że Serie-B na Bielanach się rozwija. Goście też byli, choć stwierdzili, że rozgrzewka jest dla ogórków, bo wyszli z szatni równo z gwizdkiem arbitra. Jeżeli szukacie na tym świecie sprawiedliwości to na pewno nie na boiskach B-klasy, ale trzeba przyznać, że bogowie Bundesligi, jakkolwiek muszą mieć poprzewracane we łbie, tym razem byli dla Polonii łaskawi. Pierwsza minuta, laga w pole karne Karszowa i... bramkarz krzyczy żeby wybić. Obrońca krzyczy, żeby łapać. Noga nie chce wybić. Ręka nie chce łapać. Piłka odbija się od wszystkich możliwych części ciała. Wójcik stoi przy tym wszystkim w polu karnym lekko zmieszany, dopóki w bliżej nieokreślonych okolicznościach piłka ląduje mu pod nogami. 0-1. Zapowiada się ciekawie. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie dostali chwilę później przysłowiowego „kutasa”. Wrzut z autu – tym razem w nasze pole karne – i oczywiście bawimy się w „piłka parzy”, co kończy się rzutem karnym. Zawodnik Karszowa i jak potem też okazuje się były zawodnik i oldboy Polonii – Robert Momocki – pewnie wykorzystuje jedenastkę. Wyrzuty sumienia musiały go łapać do końca meczu, jako że pod jego koniec zaprosił nas wszystkich na pizzę! Chapeu bas! Obiady o Tomka Żaczka w Orient Palace mają godną konkurencję! Mecz toczy się dalej, Pięta strzela bramkę (nawet po akcji) i chwilę później Oskar ładuje gola życia z 25 metra, który trener w przerwie komentuje, iż był „na chwyt”. Musimy popracować jeszcze nad rozmowami motywacyjnymi w przerwie.

W każdym razie druga połowa to już festiwal bramek. Na początku Pięta wykonuje rzut wolny z jasnym poleceniem z ławki „tylko w bramkę”. No i jak zalutował to piłka leniwie oderwała się od murawy, minęła mur, oglądnęła się na prawo i lewo, spojrzała na bramkarza, bramkarz na nią i idealnie wleciała mu za kołnierz. Ponadto z Piętą w przerwie gadaliśmy o wykonywaniu rzutów karnych, jako że Kuba koniecznie chciał robić wcinkę. Na szczęście uświadomiliśmy go, że w B-klasie bramkarze raczej się nie rzucają, bo chwilę później, przy jedenastce, bramkarz Karszowa stał jak słup soli. 1-5. Wchodzą zmiennicy, gola strzela Luberda (koniec świata) po asyście Bednarskiego (koniec świata do kwadratu). Dalej kolejnego gola życia strzela Wójcik, po tym jak bramkarz wybija piłkę prosto w niego i ta ląduje w bramce. Generalnie jak widzicie niezłe rodeo. Na koniec postanowiliśmy dla odmiany strzelić gola po akcji i Workiewicz dośrodkowuje do Wolnego, który pewnie ustala wynik na 1-8. Może częściej trzeba przyjeżdżać wcześniej na inspekcje murawy?