Gięta dobrze wjechała

Jakby to powiedział Szanowny Pan Makłowicz: prosto z mięsiwa polskiej świni, pocięta w symetryczne pasy, rumieniąca się na grillu jak dziewica przed nocą poślubną, pociągająco skwiercząca na skraju boiskowego ruczaju. Krótko mówiąc kiełba z Biedry. Oczywiście najtańsza, co by na wody starczyło. No i oczywiście leżakujące w czteropaku, złociste, polskie browary. Z idealną pianą, przejrzyste niczym woda źródlana z boiskowych zraszaczy, flirtujące z podniebieniem zmęczonych mężczyzn, po 90 minutach ciężkiej pracy. Czyli nasze kochane „Żubry”. Nie oszukujmy się. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Wygrywać to może każdy, a takie grille jakie robi nas prezes to na Dolnym Śląsku nie widzieli.

A myśl o tych frykasach zdecydowanie zaprzątała naszym zawodnikom głowy bardziej niż jakiś mecz. W końcu po raz pierwszy gramy u siebie, pogoda rozpieszcza, ptaszki śpiewają. Żyć nie umierać. Tak więc nawet przenikliwy świst gwizdka, budzący okoliczne zaspane ludzkie dusze, dochodzące do siebie po trudach sobotniej nocy, nie jest w stanie wyrwać jedenastki Polonii z przyjemnej, przedpołudniowej drzemki. A szkoda, bo jest nawet na co popatrzeć. W bramce Pantera Workowata, niezwykle rzadkie skrzyżowanie postury słonia z intelektem wiewiórki, po nieprzespanej nocy ratuje nas z opresji braku bramkarza, po tym jak rundę wcześniej skończyła przygodę z piłką. Na bokach popularny Proszek. Ewidentnie w rozsypce. Skrzydłowy Rozwadowski, który przed znojem i harówką niedzielnej pracy, przychodzi choć na pierwszą połowę wspomóc lokalną drużynę. Z przodu natomiast prawdziwy drapieżnik, Jakub Pięta, który, zgodnie z przewidywaniami trenera, zaczyna biegać dopiero po otrzymaniu opaski kapitana. Tak oto wrzutka z rzutu rożnego, Manowiecki ma okazję na strzał do pustej bramki… jednak świergolenie kolibra sprawia, że przenosi piłkę nad poprzeczką. Chwilę potem wiosenny wiatr kieruje dośrodkowanie wprost na nogę Rozwada, ten jednak tylko strzepuje poranną rosę z poprzeczki bramki. Czy to nie deja vu? Manowiecki znajduje się po raz kolejny w idealnej sytuacji…, lecz tym razem to klucz bocianów ze słonecznej Afryki, przecina bielańskie niebo, rozpraszając naszego obrońcę i prowadząc jego myśli (i strzał) na manowce. W międzyczasie Pantera – legenda boisk bielańskich – obecnie zakopana na wypożyczeniu w drużynie futbolu amerykańskiego Kątów Wrocławskich bardziej niż piłka na 11 metrze boiska Polonii – pokazuje cień niedawnej chwały broniąc rzut karny. Ten piękny poemat nie ma niestety szczęśliwego zakończenia. Wicher z Domasławia przynosi dwie bramki, a po zamianie połów kolejną. Jednak wtedy w głowie nam tylko zapachy jakie przyjemnie łaskoczą nas w nozdrza. To prezes sypie przyprawę stojąc dumnie przy palenisku jak nasi pod Kircholmem.

Pierwszy grill, pierwszy mecz u siebie, pierwszy porządny wpierdziel. Oby tak pięknych dni było tylko i wyłącznie więcej!