Do trzech razy sztuka

Puk, puk. Puk, puk, puk. Słyszycie to? Tak wali serce trenera Wieczorka, gdy dowiaduje się, że mecze A i B klasy się pokrywają. Jak zawsze zresztą sprawdzamy to na ostatnią chwilę, bo po co martwić się na zapas? Lepiej budzić się z ręką w nocniku. I problemem w sumie nie jest fakt, że nasz trener jest jednocześnie bramkarzem pierwszego zespołu. W sumie raczej go to cieszy. Nie musi oglądać, jak próbujemy grać w piłkę. Ale jakoś dziwnym trafem w takie dni mamy problemy z zebraniem się. W niedzielę mecze były co prawda o 11.00 i 13.00, ale oddalone od siebie o pół godziny. To co ratowało Wieczorasa zaledwie o 45 minut, ale nas kosztowało kilku zawodników.

Na początku jest nas cała ławka rezerwowych, potem robi się kilku, potem nikt, a ostatecznie cud jak zbierze się jedenastka. Wymówki? Szczerze to o tym można napisać osobny artykuł. Natomiast tym tygodniu wygrywa zdecydowanie skręcenie sobie kostki podczas rozkładania towaru w TkMaxx’ie. I to nie że tam jakieś spadłem drabiny, czy chociaż ze schodów. Pułki na wysokości głowy, a jedyne schody jakie są to ruchome. Cóż, jak ktoś chce skręcić kostkę, to potrafi i na prostej drodze. Polecam chodzić na treningi, bo na naszym boisku treningowym na Zwycięskiej, kępki trawy zdarzają się sporadyczne, to można sobie potrenować bieg po nierównościach. W końcu już skręconej kostki nie można skręcić dwa razy. Wracając jednak do kadry, biorąc pod uwagę, że morale drużyny wzrosło po serii (sic!) dwóch zwycięstw z rzędu, to stanęło na tym, że będzie nas aż dwunastu. I tu nagle niespodzianka. Na fejsie pojawia się powiadomienie, szybko klikam i wiedzę wiadomość napisaną przez Damiana Karczewskiego. Bach, nagle okazuje się, że na meczu będzie ktoś (oprócz oczywiście Króla!), kto jest naprawdę dobry! Niestety trener A-klasy szybko zwędził nam Damiana i wyszło, że może zagrać tylko 45 minut. Ale jak to mówi Wierzęć – lepsze pół litra niż zero litra. Plan zatem jest prosty. Do przerwy wypracowujemy przewagę, a drugiej połowie bronimy. Jest to plan o tyle śmiały, że nasz przeciwnik – KS Brochów – który od kilku lat bije się o awans, obecnie jest wiceliderem, także przepaść punktowa między nami jest dosyć „znacząca”. Chociaż ostatnio Proszek liczył, że skoro w drugiej rundzie można zebrać 45 punktów, to wciąż mamy matematyczne szanse na awans. Nie mówcie mu tylko, że skoro w A-klasie jest nasza pierwsza drużyna, to awansować nie możemy. Lepiej mierzyć wysoko, skoro do strefy spadkowej dzielą nas 4 punkty (albo jeden, bo w sumie nikt nie jest pewien, ile drużyn spada), a do lidera 30. Dobrze, że gramy z nimi za tydzień. Będzie mecz o 6 punktów.

Spotkanie się zaczyna, a my zmotywowani po tym jak z okazji 11 listopada, zamiast jakiejś tradycyjnej sieczki Workiewicz puścił w szatni „Rotę”. Nie wiem czy gospodarze z Brochowa usłyszeli tą piękną pieśń i pomyśleli, że Damian to jakiś Krzyżak czy Niemiec, w każdym razie po tym jak go rysowali jak Gmoch strzałeczki, Karczoch zebrał się w sobie i załadował wyborną brameczkę. Gość rok nie grał w piłkę, przychodzi i nas wyjaśnia. Teraz już wiem czemu nikt nie chodzi na treningi. Brochów też coś tam strzelił, po tym jak po ostatnich komplementach Chajęcki poczuł się jak Pique i walnął babola.

Ale gwiazdą meczu zdecydowanie był sędzia. Chłop dawał hit za hitem, a jest kilku gigantów, którzy przyjeżdżają gwizdać w Bundeslidze. Tak więc jest na przykład parę grubasków, którzy nie wychodzą z koła. Kilku przestraszonych, że muszą biegać po boisku. No i kilku co im się wydaje, że po tym całym ćwiczeniu pokazywania kartek przed lustrem, jest się Marciniakiem B-klasy. Nam trafił się za to „śmieszek”. Na początku standard, czyli klika sugestii, że w naszej kochanej Serie B nie ma asystentów – czyli przy spalonym oczywiście tekst, że „liniowy” flagował. Ale to akurat zdarza się każdemu. Nasz okaz dopiero się rozkręca. Dalej osobnik ten próbuje być śmieszny w uzasadnianiu innych swoich decyzji. Szczególnie tych złych. W końcu jakoś musi wytłumaczyć, że zapomniał wziąć kartek na pierwsze 45 minut. „Tak was opierdalam, żeby wam kartek nie dawać”. Dziękujemy kierowniku. Szkoda, że to nie my rysujemy. W końcu przydało się doświadczenie Chajęckiego, który przez 49 lat kariery nie widział takiego młota i kulturalnie kazał mu się więcej nie kompromitować: „lepiej niech już Pan nic nie mówi”. Niestety osobnik w żółtym kombinezonie się obraził. „Dobra. Ok. Nie chcecie, to nie.”. W drugiej połowie jakiś faul od tyłu i Wolny rozkłada ręce, krzyczy, a nasz śmieszek na to: „dobra nie chcieliście żebym gadał, to teraz macie kartki”. I jeb żółta. I jeszcze coś mruczy do siebie pod nosem. Co jak co, ale kartki za niedorozwinięcie sędziego to jeszcze chyba Wolny nie dostał. Za swoje się zdarzało.

Wracając do drugich 45 minut, to do przerwy było 1-1 i nasz plan trochę się posypał. Jak trwoga jednak to do Króla i Osia po raz kolejny udowodnia, że niemożliwe dla niego nie istnieje. Król strzelił w tym sezonie już 15 bramek, a jako że jest prawonożny, to żadnej z nich prawą nogą. A przynajmniej nie świadomie. I tak oto nadszedł koniec świata. Osia na 20-którymś metrze, składa się do strzału, naciąga sprężynę, i… łup! Uderzona piłkę z takim impetem, że aż kozłuje przed bramkarzem i obijając się od kępki wpada do bramki. Karczewski w furze jedzie po A4, a my jedziemy z przeciwnikiem. Jednak tak dobrze żarło, że w końcu musiało zdechnąć. I tak, w 70 minucie, wychodzę na boisko, a Brochów na prowadzenie. Pszypadeg? Nie sondze. Ale mówiąc całkiem szczerze, to jak na mecz drużyny z 6 punktami z drużyną co ma ich 34, to graliśmy zajebiście. Czyżby trener Wieczorek naprawdę ogarnął tą zbieraninę?